Jestem ofiarą, czyli najciemniej pod latarnią

Zwykle kojarzymy bycie ofiarą jako oczywiste zachowanie w trójkącie kat-ofiara-wybawiciel z byciem nieustannie nieszczęśliwą, obwinianiem wszystkich dookoła i robieniem z siebie osoby wiecznie pokrzywdzonej. Smutnej, zgorzkniałej, użalającej się nad sobą.

Niektórzy, w tym ja, nie utożsamiają się z tą rolą na takim oczywistym poziomie. Zaskakująco dla mnie pewnego dnia przyszedł i rozgościł się w mojej świadomości … archetyp ofiary. 

Bardzo to było dla mnie ciekawe odkrycie, bo absolutnie odrzucałam do tej pory taką możliwość. Moje postrzeganie siebie było całkowicie inne niż znany powszechnie stereotyp.

Jestem ofiarą i nie zawaham się przyznać

Od dłuższego już czasu dużo pracuję nad tym, co do mnie na co dzień przychodzi, co mnie niepokoi, zajmuje, martwi i frustruje. Nie zastanawiam się nad tym i nie rozważam tego za długo, ale dopuszczam do siebie i przyjmuję jak jest. Taka jest po prostu moja prawda na dany moment a ja pozwalam jej być.

Uwalniam a ona się transformuje.

Tak zaopiekowane emocje, myśli i odczucia mają szansę pokazać swoją głębię. Swoje źródło. Tak dopieszczona uważność pozwala z kolei otwierać serce i ujawniać się wrażliwej na zaufanie intuicji. 

Pewnego dnia, po jakimś spięciu w rodzinie, intuicyjnie otworzyłam książkę Inny Segal. Moją intencją było zauważenie tego,