Dlaczego pomagam odkrywać autentyczną moc

Dlaczego pomagam odkrywać autentyczną moc

Przez wiele lat swojego życia dochodziłam do ściany. I to niejednej a setek. Pewne zdarzenia, zachowania i troski wciąż powracały. Chęć ich zmiany była ogromna, podejmowałam w kółko “ostateczne” decyzje, które nie były ostateczne, i … nic się nie zmieniało.

Frustracja i porażka to moje imię

Wciąż to samo do mnie przychodziło, powtarzały się te same reakcje. Byłam sobą rozczarowana. Czułam się jak na karuzeli, z której nie umiałam wysiąść, choć bardzo chciałam. Utknęłam w tym zaklętym kręgu.

Towarzyszył temu nieustanny stres, zwątpienie i przeświadczenie o swojej beznadziejności a na to wszystko obezwładniająca bezsilność. Jednak, nawet nie wiem czemu, co jakiś czas rzucałam się z nadzieją na jakąś zmianę (o dzięki moi przewodnicy za te kopniaki).

Kilkanaście lat temu, a może nawet kilkadziesiąt (kto by to liczył), zaczęłam interesować się rozwojem osobistym, pochłaniałam kolejne książki czy audio. Jednak najczęściej nie pozostawało po nich nic, co by mogło mnie przekonać, bym chciała rzeczywiście coś zmienić, bo w mojej głowie tak naprawdę nic się na mój temat nie zmieniało. 

Ciągle uważałam, że jestem niedoskonała, że muszę się naprawić, że trzeba się doszkolić, douczyć, by móc kiedyś zasłużyć na, no właśnie, na co? Na uznanie? Na sukces? Na to żeby ktoś docenił i powiedział: “teraz już jesteś ok, teraz już możesz wyjść z tego kąta i pokazać innym, że jesteś fajna, polubimy cię”.

Najdrobniejszą uwagę czy krzywe spojrzenie odbierałam bardzo osobiście. Wywoływały one we mnie ogromny bunt, chęć walki o udowodnienie swojej wartości, i przeświadczenie, że “inni nie traktują mnie poważnie”.

Ciągle ktoś wpychał się przede mną do kolejki, wymuszał pierwszeństwo na drodze albo wskakiwał zamiast mnie na wyższe stanowisko, nieraz przywłaszczając sobie moją pracę czy zasługi. 

Kiedy przez chwilę było dobrze w związku, to później zawsze, ale to zawsze, musiało wydarzyć się coś, co przerywało sielankę i rzucaliśmy się na siebie, byle tylko racja była po naszej stronie. Miliony przegadanych godzin nic nie zmieniały, sesje u terapeuty również. Cierpienie, cierpienie i jeszcze raz cierpienie. 

Byłam sfrustrowana, ale nie siedziałam cicho, ciągle próbowałam na nowo, narażając się na kolejną porażkę i to samo uczucie zawodu.

Słałam setki cv do różnych firm przez kilka lat chcąc zmienić pracę. Nie udawało się pomimo kompetencji, doświadczenia i uporu.

Próbowałam się przebranżowić, znowu to samo. Tłumaczyłam sobie to tak: najpierw za młoda i brak doświadczenia, potem mnie nie chcieli, bo miałam małe dzieci, a później to już za stara byłam 😉 

Nieustannie się szkoliłam i szukałam kolejnych sposobów. Niby czułam, że jest we mnie jakaś wartość, bo przecież “nie jestem głupia czy jakaś odrażająca”, sporo umiem i szybko się uczę, lubię pracować w zespole, ale i super się czuję jako specjalista, mogę poprowadzić niejeden duży projekt, to i tak “życie” mi udowadniało, że jest inaczej.

Coś drgnęło

Przełom nie przyszedł znienacka (ach, lubię to słówko). Dopiero pierwsze próby z medytacją, uważnością i pracą na poziomie emocjonalnym, mentalnym i energetycznym powolutku, bo jednak nie tak szybko jak bym sobie tego życzyła, spowodowały, że coś tam w środku drgnęło. Nie natychmiast, nie od razu, nie za pomocą cudownej różdżki.

Odkrywałam, i nadal odkrywam, stare, zakopane przekonania i docieram do tego skąd one się u mnie wzięły. Moja samoświadomość ogromnie wzrosła, co dało mi poczucie własnej mocy i sprawczości – tak przede wszystkim rozumiem wewnętrzną moc.

Zrzucałam maski, choć mierzyłam się z ogromnym strachem, lękiem przed pokazaniem swojej autentyczności i byciem odbieraną jako dziwak.

Teraz, daję sobie pozwolenie na to, żeby wszystko działo się tak, jak ma się dziać. Że muszę nauczyć się czegoś o sobie, coś musi do mnie dotrzeć i coś muszę zrozumieć, zanim będę gotowa na kolejny etap.

Nadal nieraz potrzebuję coś uzdrowić w sobie zanim pójdę dalej. Wiem, że wszystko ma swój czas, już się nie kłócę z Bogiem (czy tam inną wszechmocną energią), że wiem lepiej 😉

Doceniam to, co do mnie przychodzi. Jak wraca coś trudnego, to znaczy, że jest w tym jakiś sens. 

Codziennie otwieram się na swoją intuicję i daję jej i sobie szansę (to cudowna pomoc w życiu).

Chcę pomóc innym zobaczyć, że też mają w sobie tę moc, tę w którą i w końcu ja uwierzyłam, że ją mam.

Czym dla mnie jest autentyczna moc

  • to ta wewnętrzna siła i odwaga, dzięki której radzimy sobie z wyzwaniami, i mimo trudnych doświadczeń zawsze wracamy do siebie, to właśnie ta umiejętność powrotu do swojej mocy, 
  • to poczucie wpływania na swoje życie, mocy sprawczej i oczywiście wzięcia odpowiedzialności za siebie, za swoje życie i działanie w zgodzie ze sobą, 
  • autentyczna moc to także zaufanie do wszechświata, że wie co robi, kiedy sprawy nie idą po naszej myśli, że są różne możliwości i elementy układanki, których teraz nie widzimy, a są nam przeznaczone,
  • to moc poznawania siebie, rozwoju budowania zaufania do swojej intuicji czy odnajdywania pełnej harmonii na poziomie ciała, umysłu, emocji i ducha, kochania siebie pomimo trudnych okoliczności, 
  • to pełne wyrażanie się w świecie, bez masek, bez udawania, z pewnością siebie i poczuciem spokoju, 
  • to w końcu zdolność odczuwania wszystkich swoich emocji i potrzeb oraz zrozumienie, że są one częścią naszego być, a nie czymś, czego powinniśmy się pozbyć kiedy są mniej przyjemne czy według nas niedoskonałe; są przywilejem, pozwalającym przeżywać swoje życie.

I na koniec – głęboko wierzę, że każdy z nas ma tę moc. I ja, i Ty.

Czym dla ciebie jest autentyczna moc?

„Zrób przysługę Wszechświatowi – nie ukrywaj swojej mocy.”

A dla fajnych wibracji niech zaśpiewa nam Matt Dusk – Feels Good 🙂

Tagi:

2 komentarze

Trackback  •  Comments RSS

  1. Ewelina pisze:

    Dziękuję 🙂 Piękne słowa. Dziękuję za podzielenie się swoją historią 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Top