Dlaczego pomagam odkrywać autentyczną moc

Przez wiele lat swojego życia dochodziłam do ściany. I to niejednej a setek. Pewne zdarzenia, zachowania i troski wciąż powracały. Chęć ich zmiany była ogromna, podejmowałam w kółko “ostateczne” decyzje, które nie były ostateczne, i … nic się nie zmieniało.

Frustracja i porażka to moje imię

Wciąż to samo do mnie przychodziło, powtarzały się te same reakcje. Byłam sobą rozczarowana. Czułam się jak na karuzeli, z której nie umiałam wysiąść, choć bardzo chciałam. Utknęłam w tym zaklętym kręgu.

Towarzyszył temu nieustanny stres, zwątpienie i przeświadczenie o swojej beznadziejności a na to wszystko obezwładniająca bezsilność. Jednak, nawet nie wiem czemu, co jakiś czas rzucałam się z nadzieją na jakąś zmianę (o dzięki moi przewodnicy za te kopniaki).

Kilkanaście lat temu, a może nawet kilkadziesiąt (kto by to liczył), zaczęłam interesować się rozwojem osobistym, pochłaniałam kolejne książki czy audio. Jednak najczęściej nie pozostawało po nich nic, co by mogło mnie przekonać, bym chciała rzeczywiście coś zmienić, bo w mojej głowie tak naprawdę nic się na mój temat nie zmieniało. 

Ciągle uważałam, że jestem niedoskonała, że muszę się naprawić, że trzeba się doszkolić, douczyć, by móc kiedyś zasłużyć na, no właśnie, na co? Na uznanie? Na sukces? Na to żeby ktoś docenił i powiedział: “teraz już jesteś ok, teraz już możesz wyjść z tego kąta i pokazać innym, że jesteś fajna, polubimy cię”.

Najdrobniejszą uwagę czy krzywe spojrzenie odbierałam bardzo osobiście. Wywoływały one we mnie ogromny bunt, chęć walki o udowod